Zacznę jak na grupach wsparcia: mam na imię Kasia, mam lat czterdzieści plus i jestem uzależniona od kaparów. Kapary w soli, kapary w zalewie, w occie - nie ma znaczenia. Kapary być muszą. Nie ma dla mnie pomodoro do spaghetti bez kaparów i nie ma bez nich "mojej" pizzy. Zjadam ich zawsze nieprzyzwoite ilości.
Kiedy zatem przychodzi czas kaparów, ruszam na szaber. Choć w tym roku szaber przyszedł do mnie, bo roślinka przy Santa Barbara tak obrodziła, że i prawdziwe szabrowanie teraz niepotrzebne.
Kapary można konserwować na wiele sposobów. Ja bardzo lubię ten, którego nauczył mnie mój przyjaciel truflarz, znany już na blogu jako ekspert od przetworów.
Przepis na kapary w occie jest banalnie prosty, ale wymaga czasu. Najpierw zbieramy kapary. Zbiera się zarówno pączki kwiatów jak i owoce. Ja zazwyczaj zbieram właśnie owoce. Najlepiej jeśli nie są zbyt wyrośnięte, bo w tedy robią się twarde.
Zebrane kapary myjemy, dokładnie wycieramy, przekładamy do naczynia z przykryciem, zasypujemy grubą solą i na pięć dni, a nawet tydzień wkładamy do lodówki. Najlepiej co jakisi czas je zruszyć, żeby sól dotarła w każdy zakamarek.
Następnie płuczemy szybko kapary pod zimną, bieżącą wodą, przekładamy je do wysterylizowanych słoików. Układamy dosyć gęsto i zalewamy wrzącym octem pół na pół zagotowanym z wodą. Proporcje zależą tak naprawdę od własnych preferencji. Kto woli mniej octowe, ten powinien dodać więcej wody.
Zakręcamy i stawiamy pokrywką do dołu.
W Domu z Kamienia już pierwsza partia zamarynowana stoi na półce, a w lodówce w soli czekają kolejne kapary - moje miłe uzależnienie.
Smacznego!

Nigdy nie jadłam kaparów ;)
OdpowiedzUsuń